Hej Kochani.
Dzisiejszy dzień był zajebisty nie patrząc na pogodę.Sesyjka z Elwirką i z moim chłopakiem była zajebista.
Musimy ją powtórzyć<333
Kiedy nachodzi
mnie romantyczny nastrój, to szlag mnie trafia, bo wciąż chodzę nad to
wielgachne jezioro, Lough Neagh, nad tę wylęgarnię żebrzących, zagrypionych
ptaków, które nawet nie umieją ustawić się do zdjęcia, inaczej niż z dupy
strony. Najwidoczniej tak ostentacyjnie sygnalizują gdzie mają całą tę nagonkę na
koligacenie grypy z nazwą ich grupy systematycznej. Tubylcy, słynący z dziwnej
wymowy, wymawiają nazwę tego akwenu jak Loch Ness. Ale potwora nie stwierdzono.
Prędzej gdzieś w magazynie… Idąc nad wodę, modlę się o lekką aurę, a na miejscu
stwierdzam, że wcale nie jest romantycznie, bo czy może być romantycznie w
pojedynkę? Nawet jeśli chodzę tam ze współmieszkańcami, też po prostu nie
potrafię cieszyć się pięknem przyrody pod spuchniętym niebem. Irlandczycy
przyjeżdżają tu samochodami – bo oni wszędzie jeżdżą samochodami – jedynie
dzieci, właściciele czworonogów i watahy Polaków spotyka się tu pieszo. No i
dobrze, że tubylcy korzystają z wynalazków techniki, dobrze, że ich na to stać,
zważywszy na tutejszą pogodę, ale na Boga, jak już przyjeżdżają nad jezioro, to
mogliby chociaż drzwi od samochodu otworzyć! A oni wolą siedzieć w ciepełku,
ewentualnie, jeżeli guzik od klimy jest dalej od guzika automatycznego
sterowania zaszybieniem, uchylają nieco okno. Może rzeczywiście nie warto
oddychać tym, co akurat przyniosła woda? Na grillującego się wieloryba nie ma
co liczyć. Kiedy na to patrzę, mój romantyzm robi cofkę. Stwierdzam, że już mi
wystarczy tych nastrojowych okoliczności przyrody i wracam do mojego obskurnego
domu na wyspie.
Mam do
pokonania jakieś pięć kilometrów wzdłuż wyjątkowo ruchliwej drogi. Ciekawe, skąd
taki ruch... Mijam po drodze ze trzy ronda, tyle samo skrzyżowań i zupełnie
mnie tu nie ma. Już nie słyszę zgiełku lewostronnych kierowców, nie czuję
wiatru ani mżawki wdzierającej się w moje trzewia każdą możliwą dziurką. Nie
zauważam mijanego centrum handlowego. Nic nie jest w stanie zrobić na mnie
choćby najmniejszego wrażenia. Bo ludzie wszędzie są tacy sami. Szczególnie
kiedy są na dystans. Zapadam się więc do środka i jestem gdzieś indziej.
Szczęśliwszy. Bardziej wypełniony. Tylko wciąż nie wiem, gdzie jest to
„indziej”, gdzie się przenoszę. Nawet w snach nie widzę tego miejsca. Obawiam
się wręcz, że ono nie istnieje. Według wszelkich założeń mądrzejszych ode mnie,
powinienem mieć je w sobie. Irytuje mnie myśl, jakoby szczęście nie było dla
każdego. Dla każdego może nie, a dla mnie?
Czasem, gdy
idę tą irlandzką drogą taki zapadnięty w siebie, świta mi jakieś przeczucie, że
gdzieś tam na końcu coś na mnie czeka, coś godnego odkrycia i całej tej
tułaczki. Ale dochodzę do małego domku ze ścianami w ptasich odchodach… No i co
zrobić – zgłoszę swoją obecność, bo znowu zaczyna padać.
To zaczyna być już nudne, gdy budząc się następnego dnia bez niego i myśli nadchodzące, pytania, czy on przyjdzie?,czy mnie kocha?,czy zostanę sama?
Każdego dnia mam tysiące,miliony takich myśli.I nie znam na nie odpowiedzi.
Nigdy nie wiadomo czy po wieczornym spacerze, następnego dnia się jeszcze chociaż "raz" spotkamy.
By Lena

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz